wychodzę ze sklepu. jest ciepło. staram się nie płakać. nie zamknęłam domu.
ale przypominam sobie, że przecież i tak mieszkam na takim zadupiu, że nikt nawet nie pomyśli o tym, żeby kogoś okraść, bo wszyscy są dla siebie tacy życzliwi. a potajemnie obgadują swoje sąsiadki. zero ambicji. kurwa, jak można tak żyć, łudzić się.
wchodzę do domu. włączam laptop. wpisuje po raz setny to samo hasło. tak jakby ktoś chciałby mi się kiedykolwiek włamać.
nikt nie napisał. nikogo nie ma. wszyscy pochłonięci ważnymi sprawami. jest środa? nie, sobota miałam cały dzień, a nic nie zrobiłam. nie widzę sensu.
kolega z gg powrócił. tym razem to on potrzebował pomocy. znowu piszemy, znowu tylko ja pisze pierwsza, ale co mi szkodzi. nie mam nic do stracenia. prędzej czy później wszyscy odejdą. głupie obietnice, będę przy tobie do końca(aż mi się nie znudzi). zastanawiam się czy życie nie jest czyimś żartem, czy ktoś nami aby nie kieruje? czy nie jesteśmy czyimiś marionetkami?
wmawiamy sobie, że wszystko będzie dobrze. nigdy nie będzie.
po raz setny gapie się na ścianę. to takie ciekawe. w poniedziałek pewnie znowu mnie pobiją, bądźmy szczerzy. jestem ofiarą losu. nie mam wartości. jestem niczym. sama do siebie mówię “gruba idiotko, nic nie osiągniesz”. czekam. na co? na odpowiednią chwilę. może jak mnie do reszty znienawidzą, będę mogła się wreszcie zabić.
tabletki.
leżą na stole. moje ukojenie i koniec leży na stole.
zabawne.
płacze. nie wiem gdzie patrzeć. w górę, dół, bok. to nic nie da.
nie czuje nic. nie czuje bólu. nie czuje nienawiści. nie czuje ukojenia. nicość.
martwe dusze nic nie czują.

